Kasia – o kulinariach i filmie

Alinka pisząc na blogu o jedzeniu, i jak powinniśmy go pochłaniać dla zdrowotności uświadomiła mi, że wbrew mojej malkontenckiej naturze, jedzenie kojarzę przeważnie w pozytywnym kontekście. Od przerażających filmów dotyczących eksperymentów z jedzeniem fast foodu (które jednak oglądnęłam zaciskając czasem mocno powieki jak robię zwykle na horrorach), wolę kontemplować związaną z jedzeniem przyjemność. Ponieważ najczęściej „jemy oczami”, uwielbiam filmy z jedzeniem w tle. Zarówno te stricte kulinarne jak rozmaite odmiany przygód Jamiego Oliviera i Anthoniego Bourdaina, jak i te fabularne. 

Poniżej lista moich typów:

„Smażone, zielone pomidory”, „Przepiórki w płatkach róży”, „Uczta Babette”, „Wielkie Żarcie”, „Julie i Julia”, „Smak Curry”, „Podróż na 100 stóp”, „Faceci od kuchni”, „Przepis na miłość”, „Szef”, „Niebo w gębie”, „Jedz, módl się, kochaj”, „Niebo w gębie”, „Ugotowany”, „Tost. Historia chłopięcego głodu”, Charlie i Fabryka Czekolady”, “Jedz i pij, mężczyzno i kobieto”, „Ratatuj”, „Czekolada” , „Jiro śni o sushi”, „Soul Kitchen”, „jestem miłością”, „kelnerka”, „Miłość o smaku Orientu”, „Kobieta na topie”, „Paryż może poczekać”, „Nieodparty urok”, „Żółte cytrynki”.

W kolejce czekają: „Tortilla Soup”, „Obiad w środku sierpnia”, „Miłosna dieta”, „Kwiat wiśni i czerwona fasola”, „Tylko Marta”, „Tam gdzie rosną grzyby”, „The Place”, „Bezdroża”, „Ramen. Smak wspomnień”, „Zjedz to”, „Czerwona obsesja”, „Dni na które czekamy”, „Cukiernik”.

Nie są to zapewne wszystkie filmy. Pominęłam z rozmysłem dla mnie nieistotne jak np. „Skrzydełko czy nóżka”. Większość oglądnęłam po kilka lub nawet kilkanaście razy. Wiążą się z emocjami ulgi, przyjemności, wyzwolenia, czyli wszystkie jak najbardziej pożądane.

Dodaj komentarz