Dzień jak co dzień

dnia

Dzień jak co dzień….

Dziś niedziela, przez wzgląd na sąsiadów, oraz moją córkę, która wstaje po 12.00, nie mogłam, jak zaplanowałam, odkurzać zaraz z rana. Postanowiłam więc zacząć od gotowania. 

Nie mam jakichś określonych, ulubionych dań. Lubię urozmaicenie i zawsze impulsem do gotowania czy pieczenia jest jakiś program, wizyta u znajomych czy zdjęcie w gazecie.

Najważniejsze, by przepis był prosty, a większość składników w spiżarce lub lodówce. 

Łatwo się zniechęcam, dlatego przeważnie daję danemu przepisowi jedną szansę. Gdy się nie sprawdzi, konsystencja będzie inna od oczekiwanej albo nikt dania nie ruszy widelcem ni łyżką – przepis odchodzi w zapomnienie.

Królem dzisiejszych paru godzin był bez wątpienia Jamie Olivier, którego filmiki oglądałam w czasie ostatnich parę późnych wieczorów. Programy z jego udziałem pożeram w zawrotnych ilościach. Oprócz owoców morza i super ostrych dań, podoba mi się u niego wszystko. Wiele lat temu porzuciłam dla niego Nigellę Lawson, moją poprzednią królową kuchni. Jak na razie jestem mu nieustannie wierna od lat .

W trakcie programów nie chce mi się notować. Zdaję się na swoją pamięć, która niestety bywa czasami dziurawa i wychodzą z tego różne wariacje. W zasadzie tylko główny pomysł, zarys dania jest wzięty z przepisu oryginalnego. Jego klimat. Reszta jest wolną amerykanką.

I tak dzisiaj w MOIM programie były:

  1. Batatowo – dyniowe curry
  2. Kukurydziano-serowe placuszki
  3. Papryka z piekarnika
  4. Wegańsko – serowa sałatka
  5. Tarta budyniowa z gruszkami

Batatowo – dyniowe curry

W zasadzie to zmiksowałam tutaj ze 2 przepisy jak nie więcej… w każdym razie użyłam:

1 słodki ziemniak/batat

1 dynię (dowolnego rodzaju)

1 kolbę kukurydzy

2 marchewki

1 żółtą cukinię

2 łodyżki selera naciowego

Kawałek korzenia pietruszki

Mały przecier pomidorowy

Puszkę cieciorki

Czosnek

Pastę curry

przyprawy

Batat obrany, pokrojony w dużą kostkę, dynia obrana, wypestkowana, pokrojona w średnie kawałki, seler naciowy pokrojony w paseczki, marchew w talarki, cukinia w kostkę, ziarenka kukurydzy odcięte z kolby. Wszystkie warzywa wrzucone do dużego garnka z grubym dnem i przesmażone na maśle klarowanym lub oleju. Do tego dodałam mały przecier i łyżeczkę pasty curry. Potem wrzuciłam czosnek, (można też imbir, papryczkę chili i cebulę, ale dla mnie to zbyt duża ostrość),  sól, pieprz, curry, zioła prowansalskie, rozmaryn. Trochę podusiłam po czym wlałam puszkę mleka kokosowego i jeszcze puszkę wody (przy okazji wypłukując z puszki resztki mleka). Pogotowałam 40 min Pod przykryciem. Potem dodałam puszkę cieciorki i zdjęłam przykwę, żeby odparować trochę płynu.

Gorącą potrawą napełniłam 3 litrowe słoiki i postawiłam na zakrętkach do wystygnięcia (większość potraw wekuję, bo nigdy nie wiadomo kiedy zostaną zjedzone. W ten sposób przedłużam ich przydatność do spożycia).

C:\Users\Admin\Desktop\blog\curry.jpg

Kukurydziano-serowe placuszki

Uwielbiam jeść w gościnie przeróżnego rodzaju placuszki, racuszki, na słodko i na słono. Ale niestety w domu mam z nimi na pieńku. Nie wychodzą tak jak bym tego oczekiwała, więc nie robię ich prawie wcale. Wliczam w to placki ziemniaczane, cukiniowe, naleśniki, pancakes, racuchy…. Jedynie omlety o dziwo wychodzą mi nawet dobre.

Czasem jednak, gdy widzę u innych jak łatwo się je przyrządza – postanawiam znowu zaryzykować. Tak było i z Jamie’m. Zrobił kolorowe placki z kukurydzą. Dodał tam mnóstwo imbiru, chili, cebuli, więc z większości z nich zrezygnowałam. Wzięłam:

1 dużą puszkę kukurydzy

2 serki białe z kubeczka (ziarniste)

Pół cebulki dymki (zielona część)

Pół pęczka natki pietruszki

2 jajka

Trochę mąki orkiszowej jasnej i mąki tortowej

Pieprz, sól, curry

Czosnek rozgnieciony przez praskę

Zmieszałam wszystkie składniki i nakładałam duże placki na rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju. Placki zaczęły natychmiast przywierać i rozlatywać się. Podważałam je łopatką, próbowałam przewracać, ale wyszły opłakane strzępy (już planowałam ich nigdy więcej nie robić). Do degustacji dostała je moja mama – oczywiście jej smakowały…. W misce zostało mi jeszcze parę porcji. Żeby ich nie wyrzucać, umyłam patelnię, nalałam oleju z górką i układałam małe pączusie gotując je prawie w tym oleju. Przewracałam, pilnowałam i nawet wyszły… Ale żebym je pokochała to nie powiem…. W każdym razie są bardzo smakowite.

C:\Users\Admin\Desktop\blog\placki z pomidorkami.jpg

Papryka z piekarnika

Kupiłam bardzo duże czerwone papryki. Lubię surową paprykę, ale ta z piekarnika jest też pyszna. Skorka odchodzi łatwo, jest słodziutka i mięciutka. Pokroiłam więc paprykę na grube paski i położyłam na wyolejowanej formie. Paprykę polałam pyszną oliwą bio i nic więcej. Po godzinie wyjęłam z piekarnika (180 stopni) mięciutkie paseczki.

C:\Users\Admin\Desktop\blog\papryka.jpg

Lubię w kuchni ergonomiczne wykorzystanie miejsca, czasu, działań. Mogłabym tam działać jak w transie nawet cały dzień. To jedyne miejsce, gdzie na zegarek spoglądam tylko po to, by obliczyć czas pieczenia ciasta (a i tak często go modyfikuję). Ponieważ piekarnik był już nagrzany, stwierdziłam, że czas zająć się ciastem. Miałam zrobić Brownies, ale córka zasugerowała wykorzystanie 4 gruszek, które kupiłam dzień wcześniej. Stanęło więc na tarcie z gruszkami. Najłatwiejsza wydała mi się ta ze strony Cukrowej Wróżki (http://www.cukrowawrozka.pl/tarta-gruszkowa-z-kremem/), ale oczywiście ją zmodyfikowałam:

Tarta budyniowa z gruszkami

100 gr cukru pudru

100 gr masła

2 żółtka

½ łyżeczki proszku do pieczenia

Cukier waniliowy

250 gr mąki tortowej

Wszystkie składniki zmieszałam, dodałam też trochę zimnej wody i  wsadziłam w folii do zamrażalnika (zawsze to robię aby przyspieszyć czas ochładzania a jeśli ciasto się kruszy, pomaga mi to kroić plastry i wylepiać nimi formę).

Posmarowaną masłem szklana formę do tarty wylepiłam ciastem, podziurkowałam widelcem i wstawiłam na chwilę do nagrzanego do 190 st. Piekarnika (grzanie góra – dół na środkowym poziomie). W „międzyczasie”  zmieszałam na nadzienie:

Mały kubeczek śmietany 12%

Sypnęłam cukrem na oko

Budyń waniliowy

1 jajko

Obrane gruszki (4 szt.) pokroiłam na plasterki (wycinając gniazda nasienne), skropiłam cytryną, posypałam mieszanką do piernika (zabrakło mi cynamonu) i dodałam pudełeczko obranej czerwonej porzeczki. Owoce zmieszałam z masą. Wyjęłam podeschnięty spód tarty z piekarnika i wylałam nań nadzienie z owocami. Wstawiłam na grzanie góra-dół na 35 min. Po 30 minutach nadzienie nie było bardzo ścięte więc włączyłam termoobieg z grzaniem od góry. Po 5 minutach wyjęłam gotową tartę. Oczywiście brzegi tarty są trochę przysmolone, ale ja o to nie dbam nic a nic ☺. Na gorące ciasto wysypałam trochę cukru, żeby się trochę skarmelizował.

C:\Users\Admin\Desktop\blog\ciasto 2.jpg

Na koniec sałatka:

Wegańsko-serowa sałatka

Brzmi dziwnie, ale są to po prostu 2 wersje tej samej sałatki. Do córki miała przyjść z wizytą koleżanka weganka, stwierdziłam więc, że zrobię sałatkę. Akurat w sam raz na 35 stopni za oknem.

Do sałatki wzięłam:

1/3 opakowania świeżego szpinaku baby

1 sałatę rzymską mini

1/3 opakowania rucoli (dla ostrości i wyrazistości)

Trochę winogron ciemnych i zielonych (przekrojonych na pół)

1 paprykę czerwoną pokrojoną w drobną kostkę

2 łodygi selera naciowego pokrojonego w cienkie paseczki

Garść orzechów włoskich

Cienkie paseczki Julienie z marchewki i żółtej cukinii

W wersji nie-wegańskiej można dodać jeszcze mozarellę

Sos:

Trochę oliwy bio

Trochę soku z pomarańczy 100% (dla słodyczy)

Sok z połowy cytryny

Sól, pieprz, zioła prowansalskie

Wszystko wymieszać dokładnie i schłodzić żeby smaki się przegryzły.

C:\Users\Admin\Desktop\blog\sałatka.jpg

Na dziś już koniec gotowania. Czas podjąć odsunięte w czasie odkurzanie. Pewnie nawet nie zjem rzeczy które zrobiłam (cieszy mnie sam proces tworzenia. Nie muszę potem już tych produktów konsumować). Ale zapakuję do menażek, będzie jutro w pracy domowy lunch jak znalazł. Tylko ciasto muszę spróbować dzisiaj, bo nie zostanie do jutra ani okruszek….

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. anna's awatar anna pisze:

    Dla mnie gotowanie to akt artystyczny, to tworczosc, kreatywnosc, ekspresja, radosc. Kazda potrawa jest jak dzielo artystyczne napelnione energia milosci swojego tworcy. Jedzenie jest celebracja smakow, zapachow, ksztaktow, kolorow ale i celebracja towarzystwa i atmosfery w trakcie jedzenia. Jest aktem czerpania radosci, zawiedzenia, przyjemnosci, wstretu, satysfakcji, obrzydzenia zupelnie tak samo jak uczestniczenie w wystawie, operze czy kazdym innym wydarzeniu. Przezywanie tych swoich osobistych emocji i uczuc pozwala nam na czerpanie energii milosci tworcy potrawy. Cudownie jest byc i jesc u Was. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Polubienie

Dodaj komentarz