Staropolski obiad

Wyrzucając śmieci wcześnie rano zahaczyłam sąsiada, który uprawia mały ogródek pod oknem. Akurat robił bukiet jakiejś starszej pani z ziół i kwiatów, bo podążała na poranna mszę. Chciał  również zrobić taki dla mnie, ale moja córka potępia znoszenie martwych kwiatów do domu, więc podziękowałam pięknie (łamię się tylko na wiosnę dla żonkili i tulipanów). Zapytałam go o możliwość jesiennej uprawy lawendy. Zaoferował mi użyczenie sadzonek. Coś mi nie grało w ich wyglądzie…. Powiedział, że codziennie robi sobie z niej herbatę… A ja na to, że coś mi wygląd nie pasuje i choć się nie znam, to również i zapach…. Koniec końców okazało się, że to melisa była ☺.

Z racji tego odświętnego dnia, postanowiłam zrobić indyka. Córka mięsa nie je, ja bardzo rzadko, ale mama lubi. Zróbmyż więc staropolski obiad.

Wzięłam filet z indyka i 2 nogi, wybełtałam w przyprawach (pieprz, sól, czosnek, curry, przyprawa do indyka) z oliwą i umieściłam w dużej brytfance. Na to dałam 3 łodygi selera naciowego, pół główki kapusty włoskiej, która dopraszała się uwagi już od dłuższego czasu, starłam 2 marchewki i 1 cukinię a na wierzchu umieściłam pokrojone w cząstki 4 jabłka. Zawsze obkładam indyka jabłkami bo lubi wyschnąć. Na to wszystko położyłam wynalazek, który znowu poznałam u Jamiego Oliviera a który towarzyszy mi od lat. Otóż bierzemy duży kawał papieru do pieczenia, moczymy go pod ciepłą wodą i zgniatamy. Tworzy się jakby kawałek materiału –  przykrywka doskonała. Można nim dokładnie przykryć dowolną potrawę w piekarniku lub na kuchence. Jest lepszy niż wątpliwa zdrowotnie folia aluminiowa.

Foremka powędrowała do piekarnika (180 stopni góra – dół) na godzinę. Potem włączyłam termo obieg  na następny czas (może pół godziny na oko). W „międzyczasie” ugotowałam ziemniaki.

Obiadek staropolski gotowy ☺.

C:\Users\Admin\Desktop\blog\Indyk w przyprawach.jpg
C:\Users\Admin\Desktop\blog\mięsko1.jpg

Ale przydało by się coś słodkiego… Nie miałam weny na ciasto, zebrałam się więc i pojechałam po lody na wynos. Najbardziej lubię lody a la Cassate, mam chyba sentyment z dzieciństwa. Kupowało się je na wielkie kule. W podstawówce, po olimpiadzie polonistycznej, nasza pani od polskiego zabrała nas na nie do cukierni. Generalnie wolę lody bardziej wodniste niż kremiste. Z kremistego to tylko bita śmietana ☺. Pamiętam też jak byłam mała, po plaży roznoszono lody w wielkiej lodówce. Była to prawie sama woda z odrobiną mleka zmrożonego – na patyku. Mniam…. Dziś nie ma za wiele miejsc gdzie można je kupić. Ostatnio odkryłam, że w rzemieślniczych lodach z Krościenka też można znaleźć zmrożone grudki lodów. Wzięłam więc pół kilo na wynos (śmietankowe, truskawkowe, bakaliowe i bananowe). Plus wafelki. Uwielbiam tradycyjne wafelki. Nie żadne słodkie czy tekturowe. Tylko chrupiące ciasteczka. Do tego żadne plastikowe łopatki. Tylko lody lizane ☺. Na ząb wzięłam też rurę z bitą śmietaną. Cudowny puch rozpływający się w ustach ukryty w kruchym wafelku. Nie było jej już jak doszłam do samochodu (a samochód zaparkowałam tuż przed wejściem bo gorąco i trzeba pędzić do domu).

C:\Users\Admin\Desktop\blog\lody.jpg
C:\Users\Admin\Desktop\blog\lody z wafelkami.jpg

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. anna's awatar anna pisze:

    Dzieki za pomysl papieru do pieczenia, zmoczonego i zmietego. Podoba mi sie 🙂 Folii aluminiowej nie uzywam juz od lat, a suchy papier do pieczenia nie sprawdzal mi sie.

    Polubienie

Dodaj komentarz